Gdyby nie ja, to by tego nie było
Gdyby nie ja, to by tego nie było
Beata Ścibakówna to znana aktorka teatralna, telewizyjna, filmowa oraz producentka. Z artystką rozmawiamy przy okazji wizyty w Stanach Zjednoczonych ze spektaklem komediowym „Prawda” Floriana Zellera, w doskonałym tłumaczeniu Barbary Grzegorzewskiej.

Pochodzi Pani z Zamościa, w rodzinie nie było żadnych tradycji artystycznych. Skąd zatem pomysł aby zdawać do szkoły aktorskiej?
W ósmej klasie szkoły podstawowej zobaczyłam spektakl Młodzieżowego Teatru Aktualności, w którym występowali uczniowie szkół średnich. Byłam zauroczona tym, co zobaczyłam i stwierdziłam: „chcę robić to, co oni”. Skontaktowałam się z szefem zespołu, zdałam egzamin i przez następne cztery lata powoli zakochiwałam się w teatrze. Grałam bardzo różne role, czasami główne, często wyróżniane i stąd wziął się pomysł, aby zdawać do szkoły teatralnej. Zdawałam do Krakowa, bo tam na AGH studiował mój ówczesny chłopak, ale nie dostałam się. Przez rok byłam na wychowaniu muzycznym ponieważ wcześniej ukończyłam szkołę muzyczną w klasie wiolonczeli. W kolejnym roku zdałam z powodzeniem egzaminy do szkoły teatralnej w Warszawie.
Nie wiedziałam o tym, że grała Pani na wiolonczeli. Czy gra Pani nadal?
Nie, już nie gram, ale kilkukrotnie grałam po ukończeniu szkoły muzycznej. Pan Lucjan Kydryński prowadził program w telewizji pt. „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna” i zaprosił mnie do udziału w nim. Pamiętam, że bardzo długo przygotowywałam się do występu. Gośćmi tego odcinka byli również pani Ewa Pobłocka i Mieczysław Szcześniak, trema mnie onieśmielała… Później, w Teatrze Narodowym wystawiano przedstawienie „Szkoła żon” Moliera. Reżyser – Jan Englert, skonstruował obsadę do tej sztuki z aktorów, którzy grają na różnych instrumentach muzycznych. Maciej Małecki skomponował muzykę, którą graliśmy podczas spektaklu na żywo. Było to dla nas ogromne wyzwanie.
Czy będąc na studiach widziała się Pani na deskach teatru czy raczej chciała Pani zostać aktorką filmową?
Ja wiedziałam, że chcę grać w teatrze. Warszawska szkoła teatralna przygotowywała aktorów do występowania na scenie. To nie jest filmówka w Łodzi, po której absolwenci głównie grają przed kamerą. A jaki to miał być teatr? Oczywiście, najlepszy. Na początku, przez pięć lat byłam na etacie w Teatrze Powszechnym w Warszawie, następnie Dyrektor Jerzy Grzegorzewski zatrudnił mnie w Teatrze Narodowym. Jednocześnie współpracowałam i do dzisiaj współpracuję z wieloma innymi teatrami, jak choćby „Komedia”, „Kamienica”, „Och-Teatr” czy „Syrena”, jako producentka przedstawień teatralnych.
Czytając materiały na temat Pani kariery artystycznej zauważyłam, że wielokrotnie wcielała się Pani w rolę pielęgniarek lub lekarek. Była Pani kardiolożką w serialu „Samo życie”, ordynatorką w „Na dobre i na złe” czy też anestezjolożką w „Diagnozie”. Czy miała Pani jakieś niespełnione marzenia albo predyspozycje do grania właśnie tego typu ról? A może rodzice marzyli… (śmiech)
Nigdy w życiu! Ani ja, ani moi rodzice (choć może chcieliby mieć córkę – lekarkę). Mnie na widok wenflonu robi się słabo, przy pobieraniu krwi błagam o najcieńszą igłę, bo mdleję. Ale rzeczywiście, zagrałam już tyle ról różnych lekarek, że teraz pozostała mi tylko Minister Zdrowia. (śmiech)

W 2013 roku zagrała Pani w filmie „Układ zamknięty” u boku Janusza Gajosa i Kazimierza Kaczora. W Internecie jest napisane, że to jedna z najważniejszych ról w Pani życiu. Czy zgadza się Pani z tą opinią? Bo ja na przykład sądzę, że główna rola Elwiry w spektaklu Teatru Telewizji „Mąż i żona” jest bardziej rozbudowana, zauważona…
Trudno w ten sposób klasyfikować moje role. Było wiele ról, które po prostu lubiłam grać. A czy były one ważne? Dla mnie, wtedy, tak. Jeśli chodzi o rolę w „Układzie zamkniętym”, to była ona wyjątkowa. A to dlatego, że film oparty jest na faktach. Ci bohaterowie żyli/żyją. Ja grałam żonę jednego z nich, kobietę silną i zdesperowaną, która w obliczu tragedii nie poddaje się, tylko bierze sprawy w swoje ręce. I może dlatego waga tej roli jest taka, a nie inna.
Zauważyłam również, że w filmie zagrała Pani córka – Helena. Czy był to jej debiut przed kamerą?
Ryszard Bugajski, reżyser filmu, zatrudnił wcześniej inną dziewczynkę, ale tuż przed zdjęciami ta się rozchorowała. Wtedy zadzwonił do mnie i zapytał czy Helena chciałaby zagrać. Helena była ciekawa, co to za rola i jak ma na imię jej bohaterka i w końcu powiedziała: w sumie mogę zagrać (śmiech). I to był pierwszy raz, kiedy świadomie stanęła przed kamerą.
Kto jest pomysłodawcą i producentem spektaklu „Prawda”, z którym przylatujecie Państwo do Stanów Zjednoczonych?
Prywatna firma zajmująca się produkcją teatralną o nazwie „Wydział Produkcji”, której właścicielem jest Karol Bytner, jest producentem tego przedstawienia dla wielkiej firmy „matki” o nazwie „Adria”. To mój pierwszy spektakl w takiej konfiguracji. Produkowałam swoje spektakle, współpracując z innymi teatrami stacjonarnymi, o których już wcześniej wspominałam. Skorzystałam z zaproszenia Karola i chętnie zgodziłam się zagrać ciekawą rolę w świetnej obsadzie i… przylatujemy!
Czytam, że spektakl „Prawda” to komedia. Ale z różnych Pani wypowiedzi medialnych wynika, że może nie do końca. Poproszę o komentarz.
To już każdy widz musi sobie odpowiedzieć na to pytanie. Jest to bardzo zabawny tekst Floriana Zellera, francuskiego pisarza, scenarzysty i filmowca. Widzowie bawią się fantastycznie. Warto dodać, że został doskonale przetłumaczony przez panią Barbarę Grzegorzewską. Każdy oglądający sztukę może pomyśleć o sobie, o swoim związku. Gdzie w nim jest, na jakim etapie jest jego małżeństwo czy partnerstwo.
Wydaje mi się, że do Ameryki przyjeżdżają spektakle głównie komediowe. Brakuje klasyki czy też bardziej skomplikowanych, trudnych propozycji. Czy w dzisiejszych czasach na deskach teatrów bronią się tylko komedie?
Tu bym się z Panią nie do końca zgodziła. Od wielu lat jestem aktorką Teatru Narodowego i kilka naszych przedstawień zostało wystawionych i w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Chociażby całkiem niedawno „Mizantrop” z Grzegorzem Małeckim w roli tytułowej. Przecież to klasyka i to podana wierszem. Był też spektakl „Garderobiany” Ronalda Harwooda. W głównych rolach wystąpili Janusz Gajos i Jan Englert. Grałam również w dramacie o skomplikowanej miłości i lojalności „Przygoda” pióra Sandora Maraiego. Tak więc nie tylko przywozimy Państwu komedie, choć oczywiście, w dzisiejszych czasach, łatwiej sprzedać bilety i zapełnić tak wielką salę jak „Tribeca” w Nowym Jorku, zapraszając widzów na przedstawienie łatwe, lekkie i przyjemne ale w dobrym guście.

Wspominałyśmy już o tym troszkę wcześniej, że doskonale sprawdza się Pani, nie tylko jako aktorka, ale również producentka. Z czego wnioskuję, że jest Pani utalentowaną businesswoman. Jak czuje się Pani w tej roli?
Wyprodukowałam kilka spektakli teatralnych i dwa filmy. Między innymi „Oszuści”, sztukę, z którą odwiedziliśmy niedawno USA i Kanadę. Największą satysfakcją dla producentki jest frekwencja i świetny odbiór widzów.
Wiosną ubiegłego roku w Teatrze Narodowym odbyła się premiera „Hamleta” Williama Szekspira. Spektakl, w reżyserii Pani męża był jednocześnie pożegnaniem Jana Englerta z funkcją dyrektora artystycznego teatru. W przedstawieniu gra cała Wasza rodzina. Czy czuliście, wiedzieliście przed wejściem w ten projekt, że narazicie się na ostrą krytykę części widzów i środowiska?
Mój mąż reżyserując ten spektakl, obsadził mnie w roli Gertrudy, matki Hamleta. Rolę Ofelii otrzymała nasza córka, Helena. Prawdę mówiąc, spodziewaliśmy się takiej reakcji. Tak jest od dawien dawna. I dotyczy to większości rodzin aktorskich. Dostajemy hejt i niezadowolenie. Takie jest polskie społeczeństwo. Proszę zauważyć, że w Hollywood, kiedy aktorzy wspierają swoje dzieci, to jest chwalebne i całkowicie akceptowane. Polak myśli inaczej! Ale udowodniliśmy, że casting był właściwy. A 21-letni Hugo Tarres (najmłodszy Hamlet w historii) w roli tytułowej jest wybitny! Przedstawienie odniosło wielki sukces. Biletów brak!
Dzięki Pani powstał film dokumentalny „Jan Englert. Spróbuję jeszcze raz pofrunąć”. Mąż na początku cały czas powtarza, że nie chce brać udziału w tym projekcie. Z czasem poddaje się i zaczyna snuć opowieść. Czy na końcu powiedział Pani, że to był dobry pomysł, że się udało i że powstał bardzo piękny i ważny dla wielbicieli jego talentu film?
Tak, mąż był bardzo zadowolony z końcowego efektu. Chociaż był zaskoczony, jak go inni postrzegają. Ale przecież każdy ma inne wyobrażenie o sobie. Archiwalia użyte w filmie są niesamowite i zaskakujące. Mąż przypominał sobie o faktach, wydarzeniach, które miały miejsce wiele lat temu. Tworzeniu tego filmu towarzyszyło, jak już mówiłam, wiele zaskoczeń. A efekt końcowy jest bardzo satysfakcjonujący.
To Pani zawdzięczamy również najnowszy film „Skrzyżowanie”, w którym główną rolę zagrał Jan Englert. Jak doszło do realizacji tego filmu, który premierę miał w październiku, 2024 roku?
Kilka lat temu reżyserka i scenarzystka, Dominika Montean-Pańków zaproponowała tę rolę mężowi. Niestety, nie udało się wtedy zebrać odpowiednich funduszy i scenariusz przepadł. W trakcie remontu domu, podczas pandemii, znalazłam ten scenariusz i zadzwoniłam do reżyserki z pytaniem, co się dzieje z tym projektem. Po rozmowie postanowiłam znaleźć pieniądze i jednak zrealizować film. Udało się. Wszystko to robiliśmy ze Studiem Munka w tajemnicy przed mężem. Dowiedział się o wszystkim, jak już całość była dopięta na ostatni guzik. I tak powstał dramat o emerytowanym ordynatorze, którego spokojne życie wywraca dramatyczny wypadek. Udało nam się również zaangażować wspaniałych aktorów, np.: Aleksandrę Popławską, Annę Romantowską, Michała Czerneckiego czy Martynę Byczkowską. Zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie widzieli, do obejrzenia filmu.
Bardzo dziękuję za wspaniałą rozmowę. Mogłabym jeszcze długo pytać o inne szczegóły Pani bogatej kariery zawodowej. Póki co, czekamy z niecierpliwością na spektakl „Prawda”, z którym już wkrótce przylatujecie do Stanów.
Ja również dziękuję i do zobaczenia.
BEATA ŚCIBAKÓWNA
Jest absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Od wielu lat związana z Teatrem Narodowym. Znamy ją z ról w wielu produkcjach, jak choćby w słynnym filmie „Układ zamknięty” czy z Teatru Telewizji w sztuce „Mąż i żona”, Aleksandra Fredry. Jeszcze jako studentka, debiutowała na scenie w roli Zosi w sztuce „Pan Tadeusz” według Adama Mickiewicza, w reżyserii Jana Englerta.

Autor: Ella Wojczak, Polish Theatre Institute in the USA
Comments (0)