Biało-czerwoni od święta, szarzy na co dzień
Biało-czerwoni od święta, szarzy na co dzień
Są takie dni w roku, kiedy Polonia potrafi wszystko. Naprawdę wszystko. Potrafi się zjednoczyć, wzruszyć, zaśpiewać hymn jednym głosem i – co najtrudniejsze – przez kilka godzin nie kłócić się o nic.

Ulice zamieniają się w biało-czerwone morze, dzieci machają flagami, dorośli prostują plecy, a w powietrzu unosi się coś więcej niż tylko zapach kiełbasy z grilla. To duma. To wspólnota. To piękny obrazek, który chciałoby się zatrzymać na dłużej. Najlepiej widać to podczas Parady 3 Maja w Chicago – wydarzenia, które od lat przyciąga tysiące Polaków i osób polskiego pochodzenia. Na jeden dzień wszyscy jesteśmy razem. Nie ma znaczenia, kto z jakiej organizacji, kto z jakiego kościoła, kto z jakiej „frakcji”. Liczy się Polska. Liczy się tradycja. Liczy się to, że jesteśmy tu – razem.
Tylko że ten obrazek ma krótką datę ważności…
Już następnego dnia wracamy do naszej codzienności. A ta – powiedzmy sobie szczerze – nie ma nic wspólnego z jednością. Wracamy do podziałów, niedomówień, urażonych ambicji i wiecznego „kto jest ważniejszy”. Nagle znów zaczyna się licytacja: kto zrobił więcej, kto był bliżej sceny, kto miał większe logo na plakacie. Z dumy zostaje kurz na butach, a ze wspólnoty – komentarze podszyte złośliwością.
Paradoks Polonii polega na tym, że potrafimy być razem… tylko wtedy, kiedy ktoś patrzy…
Kiedy są kamery, zdjęcia, relacje, kiedy można pokazać się w mediach społecznościowych i napisać: „Jesteśmy jednością”. Wtedy jesteśmy perfekcyjni. Uśmiechnięci, eleganccy, solidarni. Problem w tym, że ta jedność często jest jak scenografia – piękna, ale z kartonu. Na co dzień bywa inaczej. Za kulisami tej samej parady często kryją się tygodnie napięć, sporów i walki o wpływy. Organizacje, które powinny się wspierać, potrafią podkładać sobie nogi. Ludzie, którzy mówią o „polskiej wspólnocie”, nie potrafią się porozumieć przy jednym stole. A przecież wszyscy gramy do tej samej bramki. Przynajmniej teoretycznie.
Może problem nie leży w tym, że nie potrafimy się jednoczyć. Bo potrafimy – i to jak. Wystarczy spojrzeć na fenomen ŁatwoGanga – w ciągu zaledwie 9 dni ludzie, często zupełnie sobie obcy, potrafili zmobilizować się i zebrać ponad 280 milionów złotych dla Fundacji Cancer Fighters. Bez polityki, bez wielkich struktur, bez podziałów. Liczył się jeden cel – pomoc dzieciom z rakiem. I nagle okazało się, że można. Że nie ma „moich” i „twoich”. Że nie ma sporów o wpływy, logo, pierwszeństwo. Jest wspólnota, która działa, bo chce, a nie dlatego, że wypada. Problem w tym, że traktujemy taką jedność jak wydarzenie, a nie jak proces. Jak coś odświętnego, a nie codziennego. Jak paradę, a nie rzeczywistość.
A prawda jest taka, że prawdziwa siła Polonii nie tkwi w jednym dniu w roku. Nie w liczbie flag, nie w długości przemarszu, nie w tym, ile osób przyszło. Siła jest w tym, co dzieje się potem. Czy potrafimy ze sobą rozmawiać? Czy umiemy się wspierać bez kamer? Czy jesteśmy w stanie odłożyć ego na bok – choćby na chwilę? Bo jeśli nie, to każda kolejna parada będzie tylko pięknym spektaklem. A spektakle – jak wiadomo – kiedyś się kończą.
I wtedy zostajemy sami ze sobą. Bez flag, bez muzyki, bez braw. I wtedy dopiero widać, kim naprawdę jesteśmy.
Antoni B.
Comments (0)