Kto mówi prawdę? Ten, kto nakłamie ostatni
Kto mówi prawdę? Ten, kto nakłamie ostatni
Marta Żmuda – Trzebiatowska to polska aktorka teatralna, telewizyjna i filmowa. Jest absolwentką Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Rozpoznawalność zyskała dzięki pierwszoplanowej roli w filmie „Nie kłam, kochanie” oraz w serialach „Teraz albo nigdy” i „Magda M.” Za jedną z najważniejszych ról w swojej karierze uważa postać Jakubcowej w filmie Xawerego Żuławskiego pt. „Mowa ptaków”. W 2023 roku napisała i wydała książkę „Bliżej siebie. Imiona kobiecości”. Prywatnie jest żoną aktora Kamila Kuli i mamą dwójki dzieci. Z artystką rozmawiamy przy okazji wizyty w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie ze spektaklem Floriana Zellera „Prawda”.

Pochodzisz z uroczego, małego miasteczka. Kończyłaś liceum o profilu matematyczno-fizycznym i planowałaś studiować architekturę. A tu nagle szkoła aktorska. Skąd taka zmiana?
To było tak dawno temu (śmiech). Myślę, że z biegiem czasu odpowiedź na to pytanie ewoluuje. Pamiętam, że artystyczne pasje były we mnie zawsze. Jak się jest małą dziewczynką, to większość z nas chce zostać aktorką lub piosenkarką. Tak przynajmniej było kiedyś, bo teraz to chyba raczej marzeniem jest zostać influencerką. Z biegiem czasu większości dzieci to przechodzi, a we mnie zostało. I choć byłam bardzo dobrą uczennicą w przedmiotach ścisłych, to i tak postanowiłam zdawać do szkoły aktorskiej, żeby później, przez całe życie nie żałować, że nawet nie spróbowałam.
W wielu wywiadach mówisz o tym, że w młodości byłaś dość samotną osobą. Czy to był Twój wybór? Jesteś introwertyczką, czy może wynikało to z innych przyczyn? Przecież ze swoją urodą i inteligencją, faktem, że rodzice z racji swoich zawodów byli w Twojej wiosce na świeczniku, powinnaś być raczej przywódczynią, najpopularniejszą dziewczyną w środowisku.
Nigdy tak o tym nie myślałam. Tak, byłam raczej samotnym dzieckiem; towarzyskim, ale w głębi serca czułam się samotna. Teraz rozumiem, że miałam zupełnie inne pasje niż moje koleżanki i koledzy. Często czułam się w związku z tym niezrozumiana i wybierałam świat swojej wyobraźni, książek i wierszy, niż świat rówieśników. Mnie nie interesowało np. chodzenie na dyskoteki i palenie papierosów za szkołą. Zawsze szukałam innej drogi niż wszyscy, choć często była ona niepopularna. W młodszym wieku spotykało to się czasami z wyśmiewaniem. Stąd też miałam tylko jedną przyjaciółkę i nieograniczony świat swoich fantazji.
I nagle przychodzi rok 2007 i ta skromna dziewczynka z Przechlewa kończy szkołę aktorską w Warszawie i w tym samym roku i następnym gra w serialu „Magda M.”, „Teraz albo nigdy” i w super hicie „Nie kłam, kochanie” z Piotrem Adamczykiem, Beatą Tyszkiewicz i Grażyną Szapołowską. To jakieś szaleństwo. Nie przewróciło Ci się w głowie od tej nagłej popularności?
Zupełnie nie byłam na to gotowa, ale nie przewróciło mi się w głowie, bo to nigdy nie był mój cel – popularność. Ponieważ zawsze jestem „pod prąd”, więc nie interesowało mnie również odcinanie kuponów. Ta nagła popularność trochę mnie przerażała. Co prawda doświadczyłam wielkiej sympatii od ludzi, która była cudowna, ale często trudna do udźwignięcia, zwłaszcza w miejscach publicznych. Gdziekolwiek się pojawiałam, otaczał mnie tłum, a ja chciałam sprostać wymaganiom, często przesuwając granice moje i mojej strefy komfortu. Poza tym oczekiwania, które sama sobie narzuciłam, żeby zawsze być w dobrej formie, zawsze na czas, pomagać gdzie się da, spowodowały, że doba zaczęła się kurczyć i zrozumiałam, że nie da się zadowolić wszystkich. Pamiętam również, że w pewnym sensie nie udało mi się ochronić siebie, zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Był to wspaniały, ale jednocześnie bardzo trudny i intensywny czas.

Zagrałaś rolę Jakubcowej w filmie „Mowa ptaków” Xawerego Żuławskiego, na podstawie opowiadania jego ojca, Andrzeja. Czy szukałaś takiej roli, chcąc przełamać swoje poprzednie dokonania artystyczne i wyjść z szuflady tak zwanej „dziewczyny z sąsiedztwa”’, czy ta rola znalazła Ciebie?
Ta rola przyszła do mnie w odpowiednim momencie … Czekałam na taką sytuację, bo byłam już gotowa nawet rzucić aktorstwo. Ale najpierw muszę Ci opowiedzieć o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce 10 lat wcześniej, kiedy kończyłam szkołę teatralną…
Pewnego dnia, ku mojemu zaskoczeniu, zostałam zaproszona na spotkanie z Andrzejem Żuławskim. Dla mnie było to wielkie „WOW”, ponieważ gdy byłam młodą dziewczyną, uwielbiałam Sophie Marceau i dzięki miłości do niej poznałam filmy Andrzeja. Choć nie rozumiałam ich wówczas do końca, to podobał mi się jakiś rodzaj przekroczenia w aktorstwie, może odwagi. Więc to zaproszenie wywołało dosłownie dreszcze na plecach, że dzieje się coś magicznego, kosmos po prostu. Po spotkaniu nic się więcej nie wydarzyło, ja zresztą do końca nie wiedziałam, co było jego powodem. Czy to był casting? Czy po prostu rozmowa? Żuławski bacznie mi się przyglądał, słuchał, co mówię. I… nic. Krótko po naszym spotkaniu reżyser wyjechał do Francji, nakręcił swój ostatni film, nomen omen, „Kosmos” i zmarł. Po dziesięciu latach dostaję telefon od Marty Kownackiej, ówczesnej reżyserki castingu. Dowiaduję się, że Xawery chce nakręcić film na podstawie scenariusza ojca, a ja znajduję się w grupie aktorów, z którymi Andrzej chciał pracować. Dowiedziałam się, że wtedy, 10 lat temu, Żuławski przymierzał się do filmu „Gospodyni”, ale obraz ten nigdy nie powstał.
Wróćmy do 2017 roku, na świat przychodzi mój syn, a ja chcę odpocząć od aktorstwa, bo mnie zawiodło… i dostaję rolę Jakubcowej. Myślę, że to był prezent, ponieważ dostałam go w takim czasie, kiedy byłam bliska zrezygnowania z zawodu, a dzięki temu zawodowemu doświadczeniu zrozumiałam, jak bardzo kocham swoją pracę. Wcześniej chyba brakowało mi takiego elementu docenienia, i to nie przez publiczność, a przez środowisko. Za rolę Jakubcowej dostałam nominację do polskiej nagrody filmowej Orzeł.
Twój mąż, Kamil Kula również jest aktorem. Jak działa takie małżeństwo? Czy rywalizujecie ze sobą? Lubicie grać razem czy wręcz przeciwnie?
Często słyszę takie pytania czy małżeństwa aktorskie ze sobą rywalizują. A jest wręcz odwrotnie. My się cały czas dopingujemy. Powiem tak: miałam wcześniej zasadę, że nigdy nie umawiałam się z aktorami. A teraz się śmieję, że na potwierdzenie tej tezy, moim mężem został aktor (śmiech). Bałam się, że dwoje aktorów w domu, to się może nie udać. A potem zrozumiałam, że jest dokładnie odwrotnie. Przecież my rozumiemy się, jak nikt. On mi nie musi tłumaczyć, że jak jest tydzień przed premierą, to tyka jak bomba. Wtedy robię wszystko, żeby miał swoją przestrzeń i czas. Jedyne czego mi żal, to to, że odkąd mamy dzieci, staramy się nie pracować razem, a ja to tak bardzo lubiłam.
W trakcie swojej kariery zawodowej obsypana zostałaś wieloma nagrodami np. Viva! Najpiękniejsi, Elle Style Awards, Róże Gali, Telekamery, nominacja do nagrody Orłów. Długo by wymieniać. Równocześnie dwa razy otrzymałaś antynagrodę „Węża” (zresztą wspólnie z Tomaszem Kotem) dla najgorszej aktorki. Czy masz dystans, umiesz się śmiać z takich „wyróżnień”?
Mam totalny dystans. Trzeba pamiętać, że film nie jest pracą indywidualną. Na efekt składa się praca całej ekipy. Prawdą jest również, że ludzie, którzy organizowali to przedsięwzięcie, nie wiem czy ten plebiscyt jeszcze istnieje, dawno nie słyszałam, próbowali zbudować dla siebie PR na plecach nominowanych i obdarowanych. Oczywistym było to, że przyznawali te „nagrody” ludziom bardzo popularnym, z elektryzującym nazwiskiem. Ale ja nagrodę bym przyjęła, jednak niestety nigdy nie wysłali mi nawet zaproszenia na galę wręczenia. Napisali tylko później, że się nie pojawiłam. To nie było fair. Nawet nie przesłali mi do dziś statuetki, którą zdobyłam. A ja chętnie postawiłabym ją wśród innych, bo takie jest życie. Zresztą nigdy nie żałowałam występu w nominowanych filmach, bo mnie moje najgorsze filmy najwięcej nauczyły.
W 2023 roku napisałaś i wydałaś książkę „Bliżej siebie. Imiona kobiecości”. Czy to jest autobiografia? Dlaczego i dla kogo ją napisałaś?
To nie jest autobiografia. Napisałam tę książkę trochę z myślą o mojej córce, a trochę o młodych dziewczynach, które szukają swojej drogi. To książka o tym, żeby nie bały się iść pod prąd. Chciałam, żeby była taką przyjaciółką, która w potrzebie otuli, jak ciepły szalik. Każdy rozdział nosi tytuł, który jest imieniem jakiejś ważnej kobiety w moim życiu. Pomiędzy poszczególne rozdziały wplecione są przepisy z rodzinnego domu ponieważ, jak wiadomo, najważniejsze babskie pogaduszki odbywają się w kuchni. Wiem od wielu Czytelniczek, że są mi za tę książkę bardzo wdzięczne.
Przylatujecie do Stanów Zjednoczonych ze spektaklem „Prawda” Floriana Zellera. Jaką prawdę chcecie przekazać widzom za pośrednictwem tej sztuki?
Żeby za dużo nie zdradzić powiem przewrotnie, że przyjeżdżamy ze spektaklem, który na pozór jest łatwy, lekki i przyjemny. To będzie bardzo dobra rozrywka na wysokim poziomie, oparta na doskonałych dialogach, gdzie riposta goni ripostę. Ale myślę, że po jego zakończeniu widz może wyjść skołowany z komunikatem, że w życiu niczego nie możemy być pewni.
Czy odpowiada Ci forma teatru, kiedyś zwanego „objazdowym”? Od kilku już lat powstaje coraz więcej teatrów/przedsiębiorstw bez stałej siedziby. Z jednej strony jest to bardzo pożyteczne, ponieważ docieracie do ludzi, których pewnie nie stać albo nie mają czasu wybrać się na spektakl do Warszawy. Z drugiej strony wymaga to od aktorów większego poświęcenia. Co sądzisz na ten temat?
Doceniam to, że docieramy do miast i miasteczek, gdzie faktycznie widz nie mógłby sobie na taką wycieczkę do Warszawy pozwolić. Uważam, że dzięki temu kultura jest bliżej, na wyciągnięcie ręki. Osobiście, to moja pierwsza przygoda w takiej formule. Mogę oddać jeden weekend w miesiącu i traktuję to jako formę takich wakacji… śpimy w hotelu, jem dobre śniadanka, które ktoś mi podaje. W domu, jako mama na pełen etat nie mam tak komfortowo. Dodam jeszcze, że wspaniałe jest to, że takich spektakli jest coraz więcej. Widz ma duży wybór, ale niestety powstaje coraz więcej przedstawień przygotowywanych naprędce, bez dbałości o jakość. I to, moim zdaniem, szkodzi teatrowi.
Na zakończenie zapytam o wrażenia ze Stanów Zjednoczonych. Przecież byłaś tutaj już wiele razy. Czy mogłabyś przenieść się tu na stałe?
W wieku 26 lat przeżyłam niesamowitą przygodę. Zaproszono mnie do filmu w reżyserii Dermota Mulroney’a pod tytułem „Love, Wedding, Marriage”, gdzie grałam u boku męża Barbary Streisand – Josha Brolina, Jane Seymour, Mandy Moore i innych wspaniałych aktorów amerykańskich. Zdjęcia kręciliśmy w Nowym Orleanie. Było cudownie i nigdy tego nie zapomnę. Jeśli chodzi o Nowy Jork, to kocha go szczególnie mój mąż. Kiedyś zrobiłam mu niespodziankę i przylecieliśmy tu na Sylwestra. Byłam wtedy w ciąży z moją córką. Do dziś pękamy ze śmiechu, ponieważ uznaliśmy to za szczyt snobizmu: przylecieć do Nowego Jorku, żeby ostatecznie spędzić wieczór w hotelu. Z oczywistych przyczyn nie byłam w stanie stać przez kilka godzin w ścisku na Times Square (śmiech). Do życia wybieram jednak Polskę i Europę.
Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia już niedługo.
Ja również bardzo dziękuję.
Marta Żmuda-Trzebiatowska
Polska aktorka teatralna, telewizyjna i filmowa. Jest absolwentką Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Rozpoznawalność zyskała dzięki pierwszoplanowej roli w filmie „Nie kłam, kochanie” oraz w serialach „Teraz albo nigdy” i „Magda M.” Za jedną z najważniejszych ról w swojej karierze uważa postać Jakubcowej w filmie Xawerego Żuławskiego pt. „Mowa ptaków”. W 2023 roku napisała i wydała książkę „Bliżej siebie. Imiona kobiecości”. Prywatnie jest żoną aktora Kamila Kuli i mamą dwójki dzieci.

Autor: Ella Wojczak, Polish Theatre Institute in the USA
Comments (0)